„Koty farmerskie” i ustawa KROPiK – komentarz zoopsychologa
17 kwietnia 2026 r. Sejm przyjął ustawę KROPiK, wprowadzającą obowiązkowe chipowanie psów i kotów w Polsce. W toku prac parlamentarnych dołączono jednak kontrowersyjny wyjątek: koty bytujące na terenie gospodarstw rolnych, niemające właściciela, zostały wyłączone z obowiązku rejestracji – pod nazwą „kotów farmerskich”. Uzasadnienie? Słowa wiceministra rolnictwa Jacka Czerniaka: „Koty farmerskie mają określone zadanie – pomagają rolnikom w zwalczaniu gryzoni i myszy”.
Problem z samą nazwą
Pojęcie „kot farmerski” nie istnieje ani w etologii, ani w zoopsychologii, ani w dotychczasowym prawie o ochronie zwierząt. Żeby to dobrze zrozumieć, trzeba zacząć od podstaw: kot domowy (Felis catus) jest gatunkiem udomowionym – i pozostaje nim niezależnie od tego, gdzie bytuje i jak bardzo boi się ludzi. Ustawa o ochronie zwierząt definiuje zwierzęta wolno żyjące (dzikie) jako „nieudomowione, żyjące w warunkach niezależnych od człowieka” (art. 4 pkt 21) – a kot domowy, nawet zdziczały, w tę definicję z definicji się nie wpisuje.
Jedyne miejsce w ustawie, gdzie pojawia się sformułowanie „wolno żyjące koty”, to art. 11a ust. 2 pkt 2 – fragment rozdziału o zwierzętach domowych, dotyczący zwierząt bezdomnych. To nie przypadek: gdyby koty wolno żyjące były zwierzętami dzikimi, przepisy ich dotyczące znajdowałyby się w rozdziale 6, a nie 2. Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi potwierdziło to wprost w swojej wykładni: „wolno żyjące koty nie mogą być uznane za zwierzęta wolno żyjące (dzikie) w rozumieniu tej ustawy”. Sam termin „kot wolno żyjący” jest zatem merytorycznie nieprecyzyjny i traktowany przez prawników jako błąd legislacyjny oraz niekonsekwencja ustawodawcy – opisuje jedynie sposób bytowania, a nie status gatunkowy zwierzęcia.
Wprowadzanie kolejnego, nowego pojęcia – „kot farmerski” – nie służy precyzji. Wręcz przeciwnie: dokłada kolejną warstwę zamieszania i rozmywa odpowiedzialność. Kot żyjący w obejściu gospodarstwa to nadal kot domowy – bezdomny lub zdziczały – bez względu na to, czy „przy okazji” łapie myszy.
Co ujawnia ta wypowiedź?
Słowa wiceministra obnażają fundamentalnie błędne założenie: że kot może pełnić funkcję użytkowego narzędzia bez konieczności przypisania go do opiekuna. To myślenie przenosi nas o dekady wstecz – do czasów, gdy koty traktowano wyłącznie jako „pracowników stodoły”, a nie istoty czujące objęte ustawą o ochronie zwierząt. Tymczasem ta sama ustawa (art. 1 ust. 1) wyraźnie stanowi: zwierzę nie jest rzeczą.
Co więcej, posługiwanie się kategorią „kota farmerskiego” jako uzasadnieniem dla wyłączenia zwierzęcia z systemu rejestracji należy traktować jako przekroczenie delegacji ustawowej. Prawo o ochronie zwierząt nakłada na człowieka obowiązek zapewnienia zwierzęciu opieki – nie przyzwala na instrumentalne korzystanie z jego obecności. Bezdomny kot bytujący w gospodarstwie rolnym pozostaje bezdomnym kotem. Zamiast być „zatrudniany” do zwalczania gryzoni, powinien otrzymać realną pomoc: opiekę weterynaryjną, sterylizację lub dom. Tworzenie legislacyjnego alibi dla takiego stanu rzeczy pod pozorem troski o interesy rolników to nie regulacja – to instytucjonalizacja zaniedbania.
Patologie, które tworzy ten przepis
Wyłączenie „kotów farmerskich” z obowiązku chipowania i rejestracji generuje bardzo konkretne zagrożenia:
-
Brak kontroli rozmnażania – koty bez przypisanego właściciela rozmnażają się swobodnie, powiększając populację bezdomnych zwierząt na wsiach i w ich okolicach
-
Brak odpowiedzialności za dobrostan – skoro nikt nie jest właścicielem, nikt nie odpowiada prawnie za leczenie, żywienie ani sterylizację
-
Furtka dla znęcania się – anonimowość „kota farmerskiego” utrudnia egzekwowanie przepisów o ochronie zwierząt; nie ma właściciela, nie ma sprawy
-
Selektywne stosowanie prawa – kot w mieście może być objęty programem TNR (trap-neuter-return) na mocy uchwały gminy, identyczny kot na wsi pozostaje całkowicie poza systemem
-
Napływ porzuconych kotów – nowa kategoria może stać się pretekstem do porzucania zwierząt w pobliżu gospodarstw, by uniknąć obowiązku rejestracji
Co należy powiedzieć wprost
Koty nie „służą” rolnikom. Koty tolerują obecność człowieka lub jej nie tolerują – i żyją na własnych warunkach, niezależnie od naszych oczekiwań co do ich „użyteczności”. Jeśli rolnik korzysta z obecności kota i czerpie z tego korzyści, ponosi za to zwierzę odpowiedzialność – tak samo jak każdy inny opiekun. Tworzenie osobnej kategorii prawnej po to, by tę odpowiedzialność ominąć, jest merytorycznie błędne i wprost sprzeczne z duchem ustawy o ochronie zwierząt.
Jeśli ustawa miała wyłączyć te zwierzęta z obowiązku rejestracji (co samo w sobie jest dyskusyjne), powinna posłużyć się pojęciem już istniejącym w przepisach – nawet niedoskonałym – zamiast tworzyć nową, niebezpieczną kategorię „kota użytkowego bez właściciela”. Z perspektywy naukowej i behawioralnej właściwym terminem gatunkowym pozostaje po prostu kot domowy (Felis catus) – niezależnie od tego, czy dane zwierzę jest oswojone, zdziczałe, czy bytuje w bloku lub stodole. Stopień oswojenia, miejsce bytowania ani „użyteczność” dla człowieka nie zmieniają gatunku ani potrzeb zwierzęcia. Każdy kot domowy ma takie same potrzeby behawioralne i takie samo prawo do ochrony.
Jako zoopsycholog zajmujący się dobrostanem kotów od lat, uważam tę regulację za krok wstecz – legislacyjne przyzwolenie na przedmiotowe traktowanie zwierzęcia pod pozorem troski o interesy rolników.



