Śmierć zwierzęcia to moment graniczny, w którym umierający pies czy kot potrzebuje pełnej, niepodzielnej obecności swojego opiekuna. W gabinecie weterynaryjnym, pod tlenem, w inkubatorze czy na macie zabiegowej zwierzę doświadcza dezorientacji – a nawet w domu – lęku, stresu, bólu. Jedynym punktem odniesienia, który może przynieść mu ulgę, poczucie bezpieczeństwa i redukcję stresu w agonii, jest bliskość znanego człowieka. Trudno zatem znaleźć jakiekolwiek etyczne uzasadnienie dla sytuacji, w której zamiast dwóch rąk otaczających odchodzące zwierzę, w jednej z nich pojawia się smartfon z włączonym nagrywaniem relacji do mediów społecznościowych.
Ostatnie publiczne relacje celebrytów, transmitujących pobyt psa w inkubatorze, proces transportu oraz własny szloch nad odchodzącym podopiecznym, obnażają głębokie zaburzenie priorytetów. Tworzenie kilkuminutowych serii nagrań, ustawianie kadru i dokumentowanie intymnego dramatu pod pretekstem dzielenia się emocjami to w rzeczywistości instrumentalne traktowanie cierpienia zwierzęcia. Agonia przestaje być tragedią wymagającą skupienia na potrzebach pacjenta, a staje się surowcem do budowania zaangażowania, generowania wyświetleń i podbijania algorytmów.
Opieka nad psem czy kotem nakłada na człowieka bezwzględną odpowiedzialność moralną aż do ostatniego oddechu podopiecznego. W chwili przejścia zwierzę nie rozumie idei internetowej wspólnoty, nie czerpie wsparcia z komentarzy pod postem ani nie potrzebuje audytorium. Potrzebuje ciszy, spokoju i autentycznej obecności opiekuna, który nie dzieli uwagi między jego gasnący wzrok a ekran telefonu. Prawdziwa więź ze zwierzęciem wyraża się w gotowości do przeżywania straty w samotności i skupieniu na jego uldze, a nie na reżyserowaniu własnego żalu na pokaz.

