W mediach społecznościowych nierzadko trafiamy na wpisy, które w zamierzeniu mają być zabawną anegdotą, a w rzeczywistości są podręcznikowym przykładem zoopsychologicznej ignorancji. Doskonałym tego dowodem jest publikacja jednej z nadmorskich atrakcji turystycznych, opisująca losy tamtejszego „fortowego futrzaka”. Z perspektywy behawiorysty i dbałości o dobrostan, tekst ten to zbiór szkodliwych stereotypów. Uderzają one zarówno w bezpieczeństwo samego kota, jak i w otaczający go ekosystem.
Mit darmowej deratyzacji
Autorzy wpisu z dumą prezentują zwierzę jako skuteczny „koci patrol” do walki z portowymi szczurami. Traktują to jako lepszą, naturalną alternatywę dla trucizn czy pułapek. Tymczasem celowe wystawianie domowego pupila na konfrontację z dorosłymi szczurami jest skrajnie nieodpowiedzialne. Szczury to niezwykle inteligentne i zdeterminowane gryzonie, które w akcie samoobrony mogą kota dotkliwie pogryźć. Są one również wektorami wielu niebezpiecznych chorób zakaźnych i pasożytów, stanowiąc bezpośrednie zagrożenie dla zdrowia mruczka.
Polowanie to nie niewinne hobby
W tekście bagatelizuje się drapieżnictwo kota, nazywając polowanie na kaczki w fosie „wspólnym hobby” z lisem. Sporadyczne przynoszenie ptaków kwituje się lekceważącym stwierdzeniem „i tyle”. Trzeba głośno przypominać, że kot domowy (Felis catus) to inwazyjny gatunek obcy, który stanowi jedno z największych zagrożeń dla rodzimej awifauny. Tłumaczenie, że opiekunowie nie wiedzą, czy ptak w pysku kota był celowo upolowany, czy już martwy, to klasyczne zrzucanie z siebie odpowiedzialności za środowisko.
Kuweta pod chmurką, czyli biologiczna bzdura
Kolejnym argumentem usprawiedliwiającym wypuszczanie zwierzęcia jest stwierdzenie, że kot „w charakterze ma zakodowane, że toaletę należy załatwić na dworze”. Z punktu widzenia etologii jest to kompletna nieprawda. Koty mają silnie rozwinięty, wrodzony instynkt zakopywania odchodów w sypkim podłożu w celu ukrycia swojego zapachu. W warunkach domowych potrzebę tę w stu procentach realizuje odpowiednio duża kuweta wypełniona dobrym żwirkiem. Załatwianie się na zewnątrz to kwestia nabytych przyzwyczajeń opiekunów, a nie rzekomych uwarunkowań genetycznych.
Romantyzowanie zagrożeń
Post w humorystyczny sposób opisuje interakcje kota z lisem. Autor sam jednak przyznaje, że gdyby nie duży rozmiar mruczka, zwierzę już dawno byłoby „przystawką dla lisiej rodziny”. Lisy, wałęsające się psy czy inne dzikie drapieżniki to realne i śmiertelne zagrożenie dla kotów wychodzących. Promowanie takich spotkań jako zabawnej ciekawostki świadczy o braku wyobraźni i elementarnej dbałości o bezpieczeństwo podopiecznego.
Słów kilka o terminologii
W opisie pojawiają się barwne, lecz błędne określenia, takie jak „udomowiony dziki kot” oraz „żbiko-kot”. Warto uporządkować te pojęcia, by nie szerzyć dezinformacji. Kot domowy to odrębny gatunek, a nie udomowiony żbik. Jeśli zwierzę żyło wcześniej bez wsparcia człowieka, mówimy o kocie wolno żyjącym lub zdziczałym, który w tym przypadku po prostu przeszedł proces socjalizacji.
Traktowanie kota jako narzędzia pracy, połączone z ignorowaniem jego wpływu na środowisko, to relikt przeszłości, który nie powinien być promowany przez instytucje publiczne czy turystyczne. Edukacja w zakresie odpowiedzialnej opieki nad zwierzętami i świadomego kształtowania ich dobrostanu jest dziś ważniejsza niż kiedykolwiek.



