Zjawisko, które obserwujemy w ostatnich latach w polskim obszarze ochrony zwierząt, zaczyna przybierać cechy głębokiego kryzysu tożsamościowego. Zamiast merytorycznej debaty i systemowych rozwiązań, główną siłą kształtującą rzeczywistość stały się media społecznościowe, a w zasadzie płynąca z nich fala skrajnych emocji. Dochodzi do sytuacji paradoksalnych, w których placówki pomocowe zamykają się nie z powodu bankructwa, ale pod naciskiem opinii publicznej. Zjawisko to omija oficjalne, ustawowe procedury wstrzymywania działalności, odsłaniając brutalną prawdę o psychicznym wypaleniu ludzi, którzy nie wytrzymują presji oskarżeń i pomówień.
Równolegle ujawnia się głęboka niespójność oczekiwań społecznych wobec standardów opieki nad zwierzętami. Z jednej strony wieloletnim zarzutem wobec schronisk były złe warunki bytowe i przestarzała infrastruktura. Gdy jednak pojawiają się realne, wielomilionowe inwestycje publiczne w modernizację i rozbudowę lokalnych placówek, natychmiast spotykają się one z krytyką. Argumentacja przeciwników takich inwestycji często sprowadza się do twierdzenia, że środki te powinny zostać przekierowane na inne cele, na przykład na masową kastrację. Tworzy to błędne koło, w którym jakakolwiek próba poprawy losu zwierząt w systemie instytucjonalnym jest z góry skazana na potępienie.
W tym samym czasie realne problemy i sukcesy adopcyjne giną w szumie informacyjnym. Setki zwierząt, w pełni przygotowanych do adopcji, zdrowych i wykastrowanych, czekają w ciszy na nowe domy. Te historie nie stają się jednak tematami wiralowymi, ponieważ brakuje w nich elementu kontrowersji, który napędza internetowe zasięgi. Algorytmy mediów społecznościowych promują konflikt, a nie konstruktywne działania, co odciąga uwagę od fundamentalnego celu, jakim jest realna pomoc i odpowiedzialna opieka. Dyskusja przeniesiona w sferę wirtualnych komentarzy przestaje przynosić korzyści tym, którzy potrzebują ich najbardziej – bezdomnym zwierzętom.

