„Zło wróci” – o niebezpiecznej narracji wokół zaginięć kotów wolno żyjących
Co jakiś czas w mediach społecznościowych pojawiają się wzruszające posty fundacji zajmujących się kotami wolno żyjącymi: rocznica zaginięcia zwierzęcia, poruszające zdjęcie, apel do „sprawcy”, by „zło wróciło”. Takie treści zbierają setki reakcji i komentarzy pełnych oburzenia. Problem w tym, że bardzo często opierają się na założeniu, którego nikt nie zweryfikował – że kota ukradziono.
Warto przyjrzeć się temu zjawisku na chłodno, bo pod warstwą emocji kryje się kilka poważnych nieścisłości: prawnych, dowodowych i wizerunkowych.
Kto właściwie jest właścicielem kota wolno żyjącego?
To pytanie wydaje się oczywiste, ale odpowiedź na nie podważa całą narrację o „kradzieży”. Zgodnie z polskim prawem kot wolno żyjący (felis catus) nie jest niczyją własnością. Nie należy do fundacji, nie należy do karmiciela, nie należy nawet do gminy.
Gmina ma obowiązek administracyjny – w ramach programów opieki nad zwierzętami bezdomnymi organizuje sterylizację, kastrację i dokarmianie kotów wolno żyjących. To jest zobowiązanie publicznoprawne, a nie tytuł własności. Podobnie karmiciel, nawet jeśli opiekuje się kotem od lat, nadaje mu imię i traktuje jak swojego – nie nabywa przez to żadnego prawa rzeczowego do zwierzęcia.
To rodzi proste, ale niewygodne pytanie: jeśli nikt nie jest właścicielem kota, kto właściwie miałby go „ukraść”?
Dlaczego słowo „kradzież” jest tu prawnie nieuprawnione
Przestępstwo kradzieży (art. 278 Kodeksu karnego) wymaga zaboru cudzej rzeczy ruchomej w celu przywłaszczenia. Kot niczyj – bo takim w świetle prawa jest kot wolno żyjący – nie spełnia tej przesłanki. Nie ma „cudzej rzeczy”, bo nie ma właściciela.
Innymi słowy: nawet gdyby ktoś faktycznie zabrał kota ze znanego mu terenu i przygarnął go do domu, w większości przypadków nie popełniłby przestępstwa. Mógłby to zrobić w dobrej wierze, myśląc, że ratuje zwierzę, albo po prostu dlatego, że – zgodnie z prawem – miał do tego pełne prawo, bo kot nie był niczyją własnością.
Tymczasem posty w rodzaju „zło wróci, do osoby, która zabrała kota z jej środowiska” formułują publiczne oskarżenie o czyn, który w świetle prawa może w ogóle nie być czynem zabronionym. To nie jest subtelna różnica prawnicza – to fundamentalna sprzeczność między tym, na jakiej podstawie fundacja rości sobie prawo do opieki nad zwierzęciem, a tym, jak opisuje jego zniknięcie.
Gdzie są dowody?
Równie istotny jest brak jakiegokolwiek materiału dowodowego w tego typu komunikatach – nie pada informacja o zgłoszeniu na policję, nagraniu z monitoringu czy zeznaniach świadków. Mamy do czynienia z rozumowaniem, które można streścić jako: kot zniknął, więc ktoś musiał go zabrać, więc ta osoba to zło.
To rozumowanie pomija dużo bardziej prawdopodobne scenariusze, statystycznie znacznie częstsze w przypadku kotów wolno żyjących:
- wypadek komunikacyjny – jedna z najczęstszych przyczyn zniknięć kotów przebywających w pobliżu ulic,
- drapieżnictwo, choroba lub naturalna zmiana terytorium,
- adopcja przez przypadkową osobę w dobrej wierze – co, jak wyżej wspomniano, nie jest przestępstwem,
- odłowienie przez inną organizację lub w ramach nieskoordynowanego programu opieki.
Formułowanie oskarżenia bez wskazania konkretnej osoby, ale z sugestią, że sprawca istnieje i dopuścił się czynu zabronionego, balansuje na granicy pomówienia (art. 212 KK). Nawet bez podania nazwiska, sama konstrukcja narracji – „zło”, „zabrał”, „wróci” – buduje w odbiorcach przekonanie o winie konkretnej, choć anonimowej osoby, bez jakiegokolwiek procesu ustalania faktów.
Komu służy taka narracja?
Warto zadać sobie pytanie, dlaczego takie posty w ogóle powstają i dlaczego działają tak skutecznie. Rocznica zaginięcia, poruszający portret zwierzęcia, sugestia krzywdy – to elementy, które silnie angażują odbiorców: komentarze, udostępnienia, a często i darowizny.
Powstaje tu naturalny konflikt interesów. Organizacja ma bezpośredni interes w utrzymywaniu narracji „ofiara–sprawca”, niezależnie od tego, czy jest ona ugruntowana faktycznie, ponieważ taka narracja generuje większe zaangażowanie niż neutralne stwierdzenie: „nie wiemy, co się stało z kotem”. To nie oznacza złej woli ze strony fundacji, ale warto mieć świadomość, że mechanizm ten istnieje i wpływa na sposób formułowania komunikatów.
Wewnętrzna sprzeczność w misji organizacji
Fundacje opiekujące się kotami wolno żyjącymi domagają się od otoczenia – mieszkańców, administratorów budynków, wspólnot – uznania, że te zwierzęta mają prawo bytować w danym miejscu i nikt nie powinien ich samowolnie usuwać. To jest logiczne, dopóki fundacja konsekwentnie posługuje się językiem opieki, a nie posiadania.
Problem pojawia się, gdy ta sama organizacja pisze o kocie jako o czymś ukradzionym „z jej środowiska” – bo w ten sposób antropomorfizuje relację opieki w relację własności, której formalnie nie ma. To wewnętrzna sprzeczność między deklarowaną podstawą działania (zwierzę niczyje, ale pod opieką) a używaną retoryką (zwierzę jako własność, którą można ukraść).
Co to oznacza w praktyce
Konsekwencje takich narracji nie są wyłącznie teoretyczne:
- Wiarygodność organizacji spada w oczach osób, które racjonalnie oceniają publikowane treści i zauważają brak dowodów.
- Osoby działające w dobrej wierze mogą się wycofać – ktoś, kto w dobrej wierze przygarnął wolno żyjącego kota, może obawiać się bycia publicznie posądzonym o „kradzież”, mimo że nie złamał prawa.
- Energia społeczna jest kierowana na poszukiwanie winnego, zamiast na działania faktycznie zwiększające bezpieczeństwo kotów – edukację kierowców, apele o zgłaszanie obserwacji, monitoring w newralgicznych miejscach.
Podsumowanie
Rdzeń problemu jest prosty: fundacja formułuje twierdzenie faktyczne („kota ukradziono”) i moralne („zło wróci”) bez żadnej podstawy dowodowej, w sytuacji, gdy sama podstawa prawna jej relacji z kotem – opieka, nie własność – wyklucza kwalifikację zniknięcia jako kradzieży w rozumieniu prawa karnego.
To połączenie braku dowodów, niespójności prawnej i wyraźnej funkcji emocjonalno-fundraisingowej czyni taką narrację metodologicznie słabą. Warto, by organizacje działające na rzecz zwierząt – którym przecież powszechnie kibicujemy – formułowały swoje komunikaty w sposób odpowiedzialny: opisujący fakty i niewiadome takimi, jakimi są, zamiast budować gotowe historie o winie tam, gdzie nikt jeszcze niczego nie ustalił.


