Odstraszamy niedźwiedzie, które sami zwabiliśmy. O nowej ustawie i polityce bez refleksji
Drugiego czerwca 2026 roku prezydent Karol Nawrocki podpisał ustawę zezwalającą na odstraszanie niedźwiedzia brunatnego i żubra przy użyciu broni gładkolufowej z amunicją niepenetracyjną – popularnie zwaną gumowymi kulami. Projekt pochodzi od posłów Polski 2050, a Sejm uchwalił go stosunkiem głosów 260 do 6. W uzasadnieniu – troska o bezpieczeństwo mieszkańców Bieszczadów i Podkarpacia. W rzeczywistości – kolejny przykład legislacji, która leczy objawy, ignorując przyczynę. Jako behawiorysta nie mogę przejść obok tego obojętnie.
Drapieżnik nie staje się zuchwały bez powodu
Zanim niedźwiedź pojawi się pod oknami domostwa, a żubr wejdzie na szkolne boisko, mija zazwyczaj długi czas. Czas, w którym zwierzę przechodzi klasyczny proces habituacji — stopniowego zanikania wrodzonego lęku przed człowiekiem – wzmacniany przez warunkowanie pokarmowe. Mechanizm jest prosty i dobrze opisany w literaturze naukowej: jeśli obecność człowieka wielokrotnie wiąże się z łatwym dostępem do pożywienia, mózg drapieżnika tę zależność zapamiętuje i utrwala.
Co dokładnie ten proces wyzwala? Celowe dokarmianie dzikich zwierząt „dla zdjęcia”, niezabezpieczone pojemniki na odpadki komunalne na obrzeżach lasów, resztki jedzenia wyrzucane przez turystów na szlakach. Zapach człowieka przestaje oznaczać zagrożenie – zaczyna oznaczać posiłek. I to my – jako społeczeństwo – jesteśmy autorami tej zmiany.
Polityczny skrót zamiast systemowej odpowiedzi
Twierdzenie, że nowe prawo chroni jednocześnie ludzi i przyrodę, jest zabiegiem retorycznym maskującym wieloletnie zaniedbania. Skuteczna prewencja wyglądałaby inaczej:
-
Surowe kary za dokarmianie dzikich zwierząt – egzekwowane, nie tylko zapisane w przepisach
-
Obowiązkowe zabezpieczenie infrastruktury odpadowej na terenach leśnych i przyległych wsiach
-
Programy edukacyjne w szkołach i społecznościach lokalnych na obszarach bytowania dużych drapieżników
-
Współpraca z leśnikami i przyrodnikami przy wczesnym wykrywaniu osobników wykazujących habituację
Zamiast tego wybrano drogę na skróty. Owszem – ustawa wymaga zgody Regionalnego Dyrektora Ochrony Środowiska na użycie broni, co stanowi pewien proceduralny hamulec. Jednak odstraszanie pozostaje działaniem wyłącznie reaktywnym – leczeniem objawu, nie źródła problemu.
Najgroźniejszy zapis, o którym się nie mówi
W publicznej debacie prawie nikt nie zwraca uwagi na przepis, który powinien budzić największy niepokój: ustawa zwalnia z odpowiedzialności karnej za nieumyślne zranienie lub zabicie chronionego zwierzęcia, jeśli działanie nastąpiło w ramach tzw. stanu wyższej konieczności. W praktyce oznacza to, że granica między odstraszaniem a zabiciem gatunku objętego ochroną staje się niebezpiecznie rozmyta — i zależy wyłącznie od subiektywnej oceny osoby trzymającej broń. To nie jest ochrona przyrody. To furtka prawna z trudnymi do przewidzenia konsekwencjami.
Wygodna narracja, nienaukowe wnioski
Zrzucanie winy na biologię niedźwiedzia czy żubra jest politycznie wygodne. Jest też całkowicie sprzeczne z tym, co wiemy o zachowaniu zwierząt. Dzikie ssaki nie „tracą rozumu” ani nie stają się agresywne z własnej woli – reagują na bodźce środowiskowe, które im dostarczamy. Wypieranie tego faktu przez lokalne społeczności i polityków nie zmienia rzeczywistości behawioralnej.
Prawdziwa ochrona przyrody – i prawdziwa ochrona ludzi – wymaga stanowczych działań skierowanych na modyfikację ludzkich zachowań, nie zwierzęcych. Obecna ustawa gwarantuje nam przede wszystkim jedno: będziemy strzelać gumowymi kulami w osobniki, które chwilę wcześniej sami zwabiliśmy pod własne drzwi.
To nie jest rozwiązanie. To zarządzanie konsekwencjami własnej nieodpowiedzialności.



