Nigdy nie zrozumiem pewnego rodzaju ludzi i ich postępowania. Z jednej strony głośno narzekają, że coś nie działa, że instytucja jest nieskuteczna, że nikt nie reaguje na problemy, które ich dotykają. Czasem robią to z prawdziwym oburzeniem, jakby to oni byli jedynymi, którzy dostrzegają zło i niesprawiedliwość. Wydaje się, że naprawdę zależy im na zmianie – aż do momentu, kiedy ta zmiana staje się realna.
Kiedy instytucja, którą krytykują, otwiera się na współpracę, kiedy zaprasza do dialogu i zachęca do wspólnego działania, ci sami ludzie zamiast włączyć się w proces, zaczynają działać na jej szkodę. Zamiast pomóc, wrzucają komentarze pełne agresji, sarkazmu i zniechęcenia. Straszą innych, odstraszają potencjalnych chętnych, a nawet publicznie ośmieszają każdą próbę naprawy. Ich słowa nie budują, tylko burzą – zamiast wspierać, tworzą atmosferę nieufności i zniechęcenia.
Co gorsza, zamiast pomóc, biorą udział w nagonce na instytucję, od której oczekiwali zmian. Zamiast docenić wysiłek, krytykują każdy krok, wyolbrzymiają błędy i ignorują postępy. Jak mają nastąpić zmiany, skoro każdą próbę ich wprowadzenia spotyka się z falą publicznej krytyki i złośliwości? Jak ktokolwiek ma mieć motywację do działania, jeśli zamiast wsparcia otrzymuje tylko obelgi i brak zrozumienia?
To paradoksalne: domagają się zmian, ale kiedy te zmiany się zaczynają, robią wszystko, by je zablokować. Czy to strach przed odpowiedzialnością? Czy może po prostu łatwiej jest narzekać niż działać? A może to zwykła złośliwość – chęć zniszczenia czegoś, co mogłoby się udać, tylko dlatego, że nie oni są autorami sukcesu?



