Czy behawiorysta zawsze ma rację? To nie jest proste pytanie, a odpowiedź na nie bywa jeszcze trudniejsza. Bardzo często trafiamy do domów, gdy kot jest już niemal „na wylocie”. Ile to razy słyszałem, że jeśli nie pomogę, zwierzak wyląduje na bruku! Traktowanie nas jako ostatniej deski ratunku – która w dodatku ma zadziałać natychmiast – sprawia, że nie zawsze mamy szansę się wykazać. Właśnie z tego rodzą się później krzywdzące opinie: „wydałam pieniądze, a behawiorysta wcale nie pomógł”.
Musimy pamiętać, że specjalista od zachowań zwierząt nie jest magikiem. Nie zmieni zachowania kota za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. To proces, który wymaga od opiekuna ogromnego zaangażowania i ciężkiej pracy. Co więcej, żaden behawiorysta nie da stuprocentowej gwarancji sukcesu. Jest to po prostu niemożliwe, zwłaszcza gdy problem narastał miesiącami, a nawet latami, podczas gdy właściciel czekał na cud lub nieskutecznie działał na własną rękę.
Behawiorysta ma oczywiście wiedzę i narzędzia, by pomóc, ale nie oznacza to, że jego racja jest uniwersalna. Rozwiązanie, które świetnie sprawdza się na co dzień, w innym przypadku może okazać się spóźnione. W tej pracy nie chodzi o udowadnianie tego, kto ma obiektywną rację, lecz o realną poprawę warunków życia zwierzaka i zminimalizowanie problemu.
Kluczem do sukcesu jest współpraca. Opiekun i zoopsycholog powinni wspólnie usiąść, porozmawiać i zrozumieć zarówno potrzeby ludzi, jak i potrzeby kota. Celem jest wypracowanie kompromisu, co często bywa najtrudniejszą częścią terapii. Zbyt często słyszymy nieśmiertelne: „mój dom, moje zasady – kot ma się dostosować”. Niestety, zdrowa relacja ze zwierzęciem tak nie działa. To człowiek, decydując się na opiekę nad czworonogiem, musi być gotowy na ustępstwa.



