Kiedy widzisz na Facebooku filmik z nowo narodzonymi szczeniętami albo relację na żywo z porodu kotki – i towarzyszy temu logo fundacji pro zwierzęcej – masz poczuć wzruszenie. Masz kliknąć „udostępnij”. Masz wpłacić na zbiórkę. I najczęściej właśnie to robisz. Ale czy zastanawiałeś się kiedyś, co tak naprawdę stoi za tymi obrazkami?
Błędne koło, które kręci się z premedytacją
Weźmy przykład Fundacji dla Szczeniąt Judyta – organizacji, która chwali się ponad 12 latami działalności i tysiącami adoptowanych psów. Pod jej opieką przebywa w danym momencie około 700 zwierząt. Siedemset. Fundacja tłumaczy to skalą bezdomności w Polsce i pracą u podstaw. Ale warto zadać niewygodne pytanie: czy fundacja, która dopuszcza do ciąż i porodów, a następnie „ratuje” kolejne mioty, rzeczywiście rozwiązuje problem – czy go podtrzymuje?
Każdy miot, który trafi pod opiekę organizacji zamiast zostać zawczasu uniknięty poprzez kastrację, to kolejne zwierzęta wymagające miejsca, opieki weterynaryjnej, żywienia i – oczywiście – finansowania. Im więcej zwierząt, tym większa potrzeba zbiórek. Im większa zbiórka, tym większy zasięg w mediach społecznościowych. Machina działa bez zarzutu.
„Urocze mioty” jako szkodliwy przekaz społeczny
Fundacje takie jak Judyta czy Maciupkowo budują swoją komunikację na emocjach – i robią to skutecznie. Relacje z porodów, zdjęcia ślepych szczeniąt i kociąt, dramatyczne opisy „uratowanych” miotów. To działa na algorytmy i na ludzkie serce jednocześnie.
Problem w tym, że ten przekaz wysyła do odbiorców bardzo konkretny sygnał: poród jest czymś pięknym, naturalnym i godnym uwiecznienia. A skoro fundacja „ogarnie” to, co zostanie – po co kastrować? Przecież można oddać. Przecież ktoś się zajmie.
I tak właśnie nakręca się przydomowa rozrodczość, z którą organizacje prozwierzęce podobno walczą.
Kastracja aborcyjna i uśpienie ślepego miotu – gdzie jest prawdziwa tragedia?
Jako zoopsycholog i behawiorysta stawiam kastrację zawsze na pierwszym miejscu – zarówno w pracy z właścicielami, jak i w każdej rozmowie o odpowiedzialnej opiece nad zwierzęciem. Ale nie zamierzam udawać, że kastracja aborcyjna czy uśpienie ślepego miotu to tragedia moralna.
Prawdziwą tragedią jest bezdomność. Udomowione zwierzęta umierające na ulicach miast i wsi, w bólu, z głodu, z chorób – to jest tragedia. Organizacje, które zamiast edukować właścicieli w kierunku profilaktycznej kastracji, wolą wzruszać ich relacjami z kolejnego porodu — są częścią tego problemu, nie jego rozwiązaniem.
Kot bez kastracji — miliony ofiar, o których nikt nie mówi
Jeśli myślisz, że ten problem dotyczy tylko psów – mylisz się. W przypadku kotów stawka jest jeszcze wyższa, bo sięga poza gatunek.
Niekontrolowane populacje kotów domowych i zdziczałych to jeden z największych antropogenicznych czynników śmiertelności dzikich zwierząt na świecie. Szacuje się, że same koty w Polsce zabijają rocznie setki milionów ptaków i drobnych ssaków. Właściciel, który nie kastruje kota i wypuszcza go swobodnie na zewnątrz, staje się – świadomie lub nie – kłusownikiem operującym cudzymi łapami. To nie jest metafora. To ekologiczna rzeczywistość.
Kiedy więc fundacja publikuje wzruszający filmik z miotem kociąt „uratowanych” przed uśpieniem, warto zapytać: a ile ptaków, jaszczurek i nornic zapłaci cenę za to, że te koty trafią do domów bez odpowiedniej edukacji właścicieli i bez kontroli nad ich przyszłą rozrodczością?
Czego naprawdę potrzebuje ruch prozwierzęcy w Polsce
Nie potrzebuje więcej zbiórek i więcej wzruszających filmików. Potrzebuje:
- masowej, bezpłatnej lub dotowanej kastracji jako priorytetu numer jeden,
- edukacji społecznej opartej na faktach, nie na emocjach,
- przejrzystości finansowej – żeby darczyńcy wiedzieli, czy ich pieniądze faktycznie rozwiązują problem, czy tylko go finansują,
- odpowiedzialnego przekazu w mediach społecznościowych – bez romantyzowania porodów i „uratowanych miotów”.
Organizacje, które budują swoją markę na emocjonalnym marketingu rozrodczości, mogą zbierać więcej pieniędzy. Ale zwierzętom w Polsce nie pomagają – pomagają sobie.



