Skip to main content

„Dziki kot” na drzewie w Łodzi. Jak służby i media utrwalają szkodliwe mity

Dziś na portalu TVN24 ukazał się artykuł opisujący interwencję służb na terenie jednego z łódzkich przedszkoli. Z pozoru to kolejna prosta historia z „happy endem”, która po głębszej analizie obnaża systemowy brak wiedzy, brak procedur oraz rażącą ignorancję – zarówno ze strony przedstawicieli gminy, jak i mediów.

Zacytujmy pierwszy fragment artykułu:

„Półroczny kot wszedł na wysokie drzewo na terenie jednego z łódzkich przedszkoli i nie mógł zejść. Zwierzę – jak przekazuje straż miejska – spędziło tam kilka dni. – Na miejsce przyjechali strażacy, którzy przy pomocy wysięgnika z koszem dotarli do kota i bezpiecznie zdjęli go z drzewa – przekazała rzeczniczka straży miejskiej w Łodzi”.

Gdyby ta sytuacja zakończyła się w tym miejscu – odłowieniem zwierzęcia i przekazaniem go pod właściwą opiekę – byłaby to wzorowa interwencja. Niestety, w dalszej części materiału dowiadujemy się, jak sprawa potoczyła się naprawdę:

„Dodaje, że kot, kiedy dotknął nogami ziemi, od razu uciekł. – Był to dziki kotek – około półroczny – uciekł, bo nieopodal czekało na niego stado innych dzikich kotów – przekazała strażniczka miejska”.

Ten krótki akapit zawiera w sobie esencję problemu, z jakim mierzymy się w Polsce w kontekście ochrony zwierząt i edukacji społecznej.

Kwestia pierwsza: Jakie „dzikie koty” zamieszkują Łódź?

Według oficjalnego stanowiska przedstawicielki Straży Miejskiej w Łodzi, na terenie gminy występują „dzikie koty” i „dzikie stada”. W tym miejscu należy stanowczo sprostować: w Polsce występują wyłącznie dwa dzikie gatunki kotów – ryś euroazjatycki oraz żbik europejski.

Zwierzę ściągnięte z drzewa w Łodzi to kot domowy – gatunek udomowiony, wywodzący się od żbika afrykańskiego. Zgodnie z polskim prawem, kot domowy nie staje się „dzikim zwierzęciem” z racji tego, że urodził się na ulicy. Jest to zwierzę bezdomne lub ewentualnie zdziczałe w wyniku braku kontaktu z człowiekiem, ale biologicznie i prawnie to wciąż kot domowy. Używanie przez służby infantylnych i merytorycznie błędnych określeń („dziki kotek”) dowodzi braku podstawowej wiedzy o zwierzętach, względem których podejmują interwencje.

Kwestia druga: Brak procedur i łamanie prawa

Zwierzę, które spędziło kilka dni na drzewie na wysokości 10 metrów – wycieńczone, przerażone i odwodnione – zostało po prostu rzucone na ziemię i wypuszczone luzem.

  • Brak opieki weterynaryjnej: Nie zweryfikowano stanu zdrowia zwierzęcia. Nie poddano go podstawowej diagnostyce po trwającym kilka dni epizodzie silnego stresu i głodówki.

  • Brak oceny behawioralnej i procedur kastracji: Zamiast zabezpieczyć kota, poddać go kastracji i ocenić jego potencjał adopcyjny (szczególnie w przypadku młodego, zaledwie półrocznego osobnika), gmina świadomie skazała go na powrót do bezdomności.

  • Zagrożenie dla środowiska: Kot domowy to inwazyjny gatunek obcy (IGO). Świadome pozostawienie go w środowisku naturalnym, zasilanie nim ekosystemu, stanowi zagrożenie dla rodzimej, dzikiej przyrody. Gmina, której obowiązkiem jest opieka nad zwierzętami bezdomnymi, w ten sposób wręcz utrwala i sankcjonuje problem.

Kwestia trzecia: Rola mediów w utrwalaniu mitów

Artykuł na portalu TVN24 został opublikowany bez rzetelnej weryfikacji informacji. Dziennikarze bezkrytycznie powielili wypowiedź straży miejskiej, nie konsultując jej ze specjalistami – zoopsychologami, lekarzami weterynarii czy behawiorystami.

Publikowanie tego typu tekstów ma ogromną siłę rażenia. Utrwala to w czytelnikach szkodliwe, archaiczne przekonanie, że miejsce kota domowego – nawet bezdomnego czy zdziczałego – jest na ulicy, a nie w domu, pod kontrolą i opieką człowieka.

Miejsce kota domowego jest wyłącznie w domu. Czas najwyższy, aby zarówno urzędnicy, służby powołane do interwencji, jak i ogólnopolskie media zaczęły opierać swoje komunikaty na naukowych faktach i obowiązującym prawie, zamiast powielać szkodliwe anegdoty.

ZOO w Łodzi twierdzi, że w Łodzi nie ma dzikich kotów, czekamy więc na Straż Miejską w Łodzi, jakie to dzikie koty spotkali w mieście.