Jako zoopsycholog i behawiorysta kotów od lat obserwuję dramatyczną rzeczywistość polskiego systemu ochrony zwierząt. Na co dzień pracuję z opiekunami, fundacjami oraz domami tymczasowymi, widząc z bliska skalę kryzysu, w jakim tkwi nasz kraj. Kiedy więc trafiam na sponsorowane kampanie w mediach społecznościowych, w których duża polska organizacja zbiera fundusze na utrzymanie azylu i ratowanie kotów w Hiszpanii, nie mogę przejść obok tego obojętnie. Uważam takie działania za skrajnie nieodpowiedzialne i szkodliwe dla dobrostanu zwierząt w Polsce.
Polska mierzy się z katastrofalną, niekontrolowaną nadpopulacją kotów domowych. Brak powszechnej, obowiązkowej kastracji oraz centralnego rejestru znakowania zwierząt sprawia, że każdego roku tysiące kociąt i dorosłych osobników umiera w cierpieniu na ulicach, w piwnicach i przepełnionych schroniskach. Lokalne organizacje pozarządowe oraz wolontariusze zmagają się z permanentnym brakiem środków na elementarną opiekę weterynaryjną, kastracje, diagnostykę chorób zakaźnych czy wysokomięsną, gatunkową karmę. W realiach, w których w niemal każdej polskiej gminie brakuje pieniędzy na sterylizację kotów wolno żyjących, transferowanie kapitału od polskich darczyńców do Hiszpanii – kraju o znacznie wyższym potencjale ekonomicznym i zamożniejszym społeczeństwie – jest działaniem całkowicie pozbawionym racjonalnej hierarchii potrzeb.
Z perspektywy etyki i behawiorystyki kluczowe znaczenie ma zwalczanie przyczyn problemu, a nie tylko gaszenie pożarów w sposób nastawiony na generowanie zysków ze zbiórek. Pomoc zwierzętom musi opierać się na twardych standardach: masowej kastracji, edukacji i ograniczaniu populacji u źródła. Przenoszenie ciężaru finansowego na utrzymanie zagranicznego azylu generuje nieporównywalnie wyższe koszty logistyczne i weterynaryjne, które w żaden sposób nie przekładają się na trwałą poprawę dobrostanu populacji kotów w szerszej perspektywie. Zamiast realnych zmian systemowych promuje się wieczne utrzymywanie placówki z kolejnych wpłat, drenując przy tym polski, i tak skrajnie ubogi, rynek pomocowy.
Dodatkowo razi mnie warstwa marketingowa tego przedsięwzięcia. Sponsorowane posty opatrzone adnotacją o treściach wygenerowanych przez sztuczną inteligencję, bazujące na czysto emocjonalnym szantażu, budują iluzję globalnego heroizmu pod szyldem wielkich haseł. W rzeczywistości każda złotówka wyciągnięta od polskiego darczyńcy na ten cel oznacza mniej zabiegów kastracji, mniej ratowanych miotów i mniej bezpiecznych miejsc w polskich domach tymczasowych. Jako specjalista zajmujący się behawiorystyką i dobrostanem kotów nie godzę się na to, by w obliczu rodzimej zapaści humanitarnej eksportować środki za granicę w ramach chwytliwych kampanii wizerunkowych. Pomoc musi być mądra, oparta na wiedzy i przede wszystkim lokowana tam, gdzie zaangażowanie darczyńców przynosi wymierny, systemowy skutek.


