Lekarze a żywienie

List od studenta medycyny weterynaryjnej: lekarze a żywienie

Żywienie a lekarze weterynarii (Na prośbę autora wprowadzono zmiany w tekście.)

Dlaczego nie każdy lek. Wet. zna się na żywieniu?

Ciągle jeszcze panuje przekonanie, że lekarze weterynarii są tymi osobami do których w pierwszej kolejności zwracamy się z problemami żywieniowymi naszych zwierząt. To lekarze mają w swoich gabinetach mnóstwo specjalistycznych karm i to niby oni wiedzą co jest najlepsze dla zwierzęcia. Niestety sprawa wygląda nieco inaczej…Nie każdy lekarz weterynarii zna się na żywieniu.

Praktycznie każdy gabinet weterynaryjny ma podpisaną umowę z wielkim koncernem produkującym karmy. Gabinety koszą na tym naprawdę ogromną kasę. Przykład z lecznicy gdzie kiedyś robiłam praktyki:  worek karmy X kupowany za 80 zł a sprzedawany za 120-140zł. Są to bardzo duże zyski. Dla porównania w tej samej lecznicy zwykła kontrola to około 20 zł, szczepienia koło 60zł (po odjęciu kosztów leków i czasu są to dużo mniejsze zyski niż zyski z karm, gdzie sprzedaż to parę sekund a czysty zysk często większy niż 40 zł).

Ale dlaczego lekarze to robią? Przecież oni powinni dbać o dobro zwierząt, a nie tylko o pieniądze. Owszem, ale lekarze to też ludzie. Również są podatni na dobre reklamy, zmyślny marketing i tym podobne sprawy. Kiedy przez całe studia wmawia im się, że coś jest dobre dla zwierząt a w dodatku to „coś” przynosi tak duże zyski to w zasadzie człowiek się przestaje zastanawiać na tym co robi i myśli.

Chciałam Wam opisać parę przypadków jak wygląda kontakt z koncernami żywieniowymi ze studentami od początku studiów.

Wszystko zaczęło się już pierwszego dnia na uczelni, jeszcze przed 1 października- na tzw. dniach wstępnych- organizacyjnych. Przy wejściu witała nas przedstawicielka firmy X, rozdawała teczki, notatniki, długopisy sygnowane logiem firmy. Do tego wszystkiego dostawaliśmy kartę konkursową i byliśmy zachęcani wzięciem udziału w owym konkursie. Do wygrania były książki na studia, fartuchy (oczywiście z logiem X) oraz stetoskopy. Pewnie zastanawiacie się na czym polegał konkurs? Otóż trzeba było wymyślić hasło reklamowe dla X dotyczące prawidłowego żywienia zwierząt. Pamiętam, że mnóstwo osób wtedy wygrało nagrody, w tym ja. Dostałam piękną książkę do anatomii zwierząt, od tak, gdzie w sklepie kosztuje ona 60 zł. Wtedy nie wiedziałam, jeszcze o zdrowym żywieniu, nie interesowałam się tym. Z nagrody ogromnie się ucieszyłam.

Druga historia jest już z nieco późniejszego okresu. Uczelnia ogłosiła wykład o fizjoterapii zwierząt. Stwierdziłam, że to bardzo interesujący temat i, że czas najwyższy zacząć chodzić na dodatkowe zajęcia na tych studiach. Wykład był świetny, prowadzony przez znaną specjalistkę w tej dziedzinie. Problem był jeden- w sponsorze owego wydarzenia. Sponsorem była oczywiście firma X. Przed wejściem dostawaliśmy ankiety. Na koniec wykładu X zadało nam pytanie którą z podanych karm weterynaryjnych (wyświetlone na rzutniku) zalecilibyśmy pacjentowi z chorymi stawami? Wystarczyło napisać odpowiedź na wcześniej rozdanej kartce i każdy kto to zrobił przy wyjściu z wykładu dostawał kubek (ze zdjęciami kotków i piesków i logiem X).

Trzecia historia nie dotyczy już firmy X. Ostatnio byłam na konferencji sponsorowanej przez inne marki. Przedstawicielem tej firmy był student od nas z wydziału i prowadził pierwszy wykład (jedyny wykład dotyczący żywienia na tej konferencji). Mówił między innymi o tym, że jedna z linii ich karm powstała w odpowiedzi na obecny trend w żywieniu zwierząt (linia ta nie ma zbóż i ziemniaków i ma zwiększony udział mięsa w składzie). Mówił to po to, żeby pochwalić firmę, ale mi to pokazało ile w tych wszystkich wielkich koncernach znaczy zwierzak ,a ile pieniądze. Tam nie produkuje się tego co jest dobre, tam się produkuje to co się sprzeda. Fajnie, że poszli z postępem, ale pokazali też jak to wszystko „działa”. Oprócz tego przedstawiciel wyżej wymienionych marek mówił o szkodliwości białka na nerki, o nieszkodliwości zbóż…i zrobił przeszkolenie z wybierania karm monobiałkowych do diety eliminacyjnej przy problemach alergicznych. Mam nadzieję, że wszyscy już tu na grupach wiedzą, że to nadmiar fosforu jest zabójczy dla nerek i brak odpowiedniej ilości wody w diecie kota, że białko nawet kotom nerkowym jest potrzebne (oczywiście w rozsądnych ilościach i odpowiednim stosunku do tłuszczu zwierzęcego), że zboża i inne rośliny są złe (prowadzą do otyłości, cukrzycy i innych problemów związanych z żywieniem). Z dietą eliminacyjną w przypadku alergii się zgodzę, ale nie z dietą opartą na suchej karmie gdzie oprócz tego monobiałka mamy „milion” innych, wysoko przetworzonych składników. Oczywiście na wejściu na konferencję każdy dostał całą siatkę gadżetów (próbki karm, smycz dla psa, szampon dla kota, notes, długopis). Pierwsze co uczestnicy konferencji zrobili to było zachwycanie się tym ile prezentów dostali i jaki to wreszcie „dobry” i hojny sponsor konferencji się znalazł. Dodatkowo po każdym wykładzie padało pytanie z jego treści i nagrodą był worek karmy.

 

Szczerze mówiąc nie wiem jak inaczej lekarze mają myśleć o żywieniu. Jak mają co innego promować skoro całe studia im się wbija do głowy, że karma weterynaryjna to lek niemalże na wszystko. Piszę to nie po to żeby obrażać lekarzy, czy uczelnie. Gdyby nie Ci sponsorzy to te wykłady pewnie nie miałyby szans się odbyć, a poza tą całą aferą żywieniową były to naprawdę wartościowe konferencje. Piszę to po to, żebyście zaczęli patrzeć na lekarzy trochę z innej perspektywy. Na studiach mamy głównie żywienie zwierząt gospodarskich. O żywieniu psów i kotów jest bardzo mało w programie i żeby się na tym znać trzeba się tym zainteresować, a nie wszyscy się interesują większość zostaje po prostu „kupiona” przez koncern. Na szczęście są ludzie którzy się na dietetyce zwierząt znają –dietetycy zwierząt  i to do nich należy się zwracać z problemami w żywieniu. Oczywiście są też lekarze znający się na żywieniu (to się nie wykluczaJ).

I nie dajcie sobie wmówić, że karma weterynaryjna to lek. Leki podaje się osobno a karmi się po prostu zawsze dobrze. Czytajcie składy karm porządnie i czytając je myślcie cały czas o tym, że kot to ŚCISŁY mięsożerca.

 


Zawodowo zajmuję się profesjonalną opieką nad zwierzakami w ich domach, zajmuje się doradztwem behawioralnym oraz konsultacjami żywieniowymi.

Prywatnie opiekun/koci ojciec Czarka i Sue, oraz Kici.


Mieszko Eichelberger | 2014 - 2018 | [email protected]731 336 586

%d bloggers like this: